Uczestnicy:
Jarek, Tajemnik, Misiu Bolo
Trasa: Start - Bacówka pod Wierchomlą -Jaworzyna - Czarny Potok.
Była to dziwna wycieczka, niezbyt ambitna w warstwie turystycznej,za to bardzo intensywna towarzysko.
Rozpoczęliśmy w Złockiem, a może w Wierchomli Małej, nie wykluczone też, że w Czarnym Potoku. (piszę to po 19 latach, a poza tym
późniejsze wydarzenia przyćmiły pierwsze godziny). W każdym razie zjeżdżaliśmy na nartach do Szczawnika i wyciągaliśmy się
orczykiem z powrotem. (Chyba, że to było kiedy indziej.) Pewne jest, że w końcu dotarliśmy do bacówki nad Wierchomlą.
Niewiele później dotarł tam kulig ze Złockiego i mogliśmy rozpocząć I Akt tragifarsy zatytułowany "Jak ja kocham Ślązaków".
Treścią były głównie hulanki i swawole, kilka razy ocierające się o granicę dobrego smaku, gdyż w oczach paru statecznych
turystek widać było zgorszenie. Na szczęście po paru godzinach kulig odjechał.
Za chwilę zjawiła się grupa stałych bywalców z Tarnowa i zaczął się Akt II p.t. "Ty chyba nie masz 40 lat?".
Tu po części ogólnej rozpoczęły sie zajęcia w grupach, a raczej w grupkach, niektóre trwające do późna w noc.
Na drugi dzień wyruszamy w stronę Jaworzyny. Mróz siarczysty. Woda po otwarciu butelki błyskawicznie zamienia się w lód.
Zjeżdżamy do Czarnego Potoku i tu kończymy naszą przygodę.
POWRóT